piątek, 29 lipca 2016

4 lata temu o tej porze w Norwegii.

Trwa nasza wakacyjna przerwa kijkowa, ale właśnie mijają dokładnie 4 lata, od kiedy wybraliśmy się samolotem do Norwegii. Cały wyjazd wymyślił i zorganizował Krzyś. Nie mieliśmy jeszcze wtedy strony internetowej, a w archiwum mamy dokładny opis wyprawy opracowany przez Iwonkę. Wiemy, że różne grupy nordic walking idąc naszym śladem, korzystają z tego pomysłu. Dlatego chcemy przypomnieć, jakie były początki wypraw kijkarzy do Norwegii. Zobaczcie zdjęcia tutaj.

KIJKOWI ZDOBYWCY SKANDYNAWII

NORWEGIA - OSLO TORP SANDEFJORD
LIPIEC 2012

UCZESTNICY:
SZEF LOGISTYKI: Krzyś;
PANI INSTRUKTOR: Brydzia;
 PROWADZĄCY PELETON: Rysiu;
SERNIKOWO-MALINOWA PANI: Ela;
OPIEKUN MEDYCZNY: Jola;
PISARCZYK, FOTOGRAF: Iwona.

Do odważnych i szalonych świat należy. Wyprawa na norweskie fiordy nad Morze Północne na kilkugodzinny spacer nordic walking nabiera realnych kształtów. Jest 28 lipca 2012.

O 10.00 mieliśmy wyruszyć spod bloku Brygidki, ale było wiele milej, bo zostaliśmy zaproszeni na babeczkę i kawkę. Zaczęły się ostatnie przygotowania pani instruktor, istotne pytania i odpowiedzi dotyczące wyprawy. W końcu ruszamy po wielką przygodę i odrobinę szaleństwa. Rysiu jest naszym kierowcą, wiezie autem cztery gracje na lotnisko we Wrocławiu. Jest gorąco, gracje marudzą, ale w zasadzie droga szybko mija, bo o 12.00 jesteśmy już na lotnisku.
Spotykamy się z Krzysiem - szefem logistyki i wchodzimy do środka terminala, aby posilić się sernikiem (bardzo intensywnie pachnącym w aucie). Sernik made in "Ela" klasy mistrzowskiej. Pałaszujemy szybko (Brydzia nawet grzecznie pyta czy może trzeci kawałek). Idziemy się przejść i obejrzeć terminal. Krzysiu staje w kolejce by nadać bagaż czyli kije. Po drodze mijamy LOTTO. Brydzia mówi, że jest kumulacja 15 milionów, że ona zagra. Potem Jola i Ela też, a ja jeszcze nigdy nie grałam. Ale czemu nie spróbować za 3 zeta zostać milionerką? Umawiamy się, że jeśli któraś z nas wygra, to zabiera naszą grupę na wyprawę zagraniczną na kilka dni. Po nadaniu bagażu ponadwymiarowego przechodzimy kontrolę i wchodzimy do strefy bezcłowej. Zwiedzamy sklepy i najdłużej ten z perfumami. Krzysiu mówi, że w Norwegii są tanie butelki, pomyślałam z perfumami, a on dodał: z alkoholem.
Wchodzimy do samolotu, ruszamy. Kapitan informuje, że lot będzie na wysokości 36 tysięcy stóp. Lecieć będziemy na Poznań, potem Niemcy, Dania, Norwegia, Morze Północne i lądowanie około 100 km na południe od Oslo. Ela proponuje Joli w samolocie: Może skrzydełko? Jola pyta o co chodzi? Czy ma usiąść na skrzydle? Nie odpowiada Ela: Może skrzydełko do kanapki...?
Po udanym lądowaniu znaleźliśmy się na lotnisku. Krzysiu czeka na nasze kije, a my oglądaliśmy gadżety lotniskowe (niewiele ich było). Szukaliśmy map okolicy. Mieliśmy wydruki map z komputera (Krzysiu), ale szczegółowej drogi, którą mamy dostać się do fiordów nie mieliśmy opracowanej. Krzysiu wiedział, w którym kierunku mamy iść, bo był tu przed rokiem, spał nawet w pobliskim lasku. Rysio znalazł folder z mapą okolic, a ja zagadnęłam chłopaka z obsługi sklepu, który na mapie narysował nam najkrótszą drogę dojścia nad morze. Ubraliśmy peleryny przeciwdeszczowe, bo Norwegia przywitała nas deszczem. Mój płaszcz był z napisem "Polska" i dużym biało-czerwonym orłem, żeby nikt nie miał wątpliwości skąd jesteśmy.
Pełni emocji ruszyliśmy z kijami drogą asfaltową, bez pobocza dla pieszych. Chyba w planach urbanistycznych nie było założeń, że ktoś będzie szedł z lotniska na nogach, do tego z kijami przed siebie po to, by czerpać radość z samej drogi... Wzdłuż drogi krzaki z malinami, poziomkami, a także kwitnący wrzos. Po degustacji idziemy dalej, ciągle schodząc w dół. Podziwiamy pola zbóż, zielonego jeszcze owsa, wybujałej żółtej pszenicy. Maszerujemy radośnie, choć jeszcze w płaszczach przeciwdeszczowych. Po około godzinie płaszczy już na sobie nie mamy i robi się coraz cieplej, choć robi się coraz później - jest około godziny 18.00. Myślę trochę z przerażeniem, że ciągle schodzimy w dół więc droga powrotna będzie pod górę, a czasu zbyt dużo nie ma. Ale co tam, najważniejsze by dojść do wody. Musi się udać, bo determinację mamy olbrzymią.
Dochodzimy do stacji kolejowej Rastad. Właśnie nadjeżdża czerwony pociąg i równocześnie autobus dowożący i odwożący pasażerów na lotnisko. Maszerujemy dalej podziwiając piękne domki norweskie biało-bordowe. Styl norweski: domki są przeważnie białe, zabudowa gospodarcza bordowa. Przed domami piękne ogrody z kwiatów i krzewów, a w nich białe altany, ławy, stoliki. Maszerujemy dalej. Na skrzyżowaniu (wygląda na mapie, że to przedostatnie) skręcamy ostro w prawo pod górę. Nie wiemy jak daleko do morza. Droga przez las wije się wciąż pod górkę, ale dostrzegamy dom, a przed nim kilka osób pakujących się do wyjazdu. Idziemy z Krzysiem zapytać o trasę. Sympatyczny Norweg trochę zdziwiony naszym pytaniem, odpowiada, że do wody mamy jakieś 900 metrów. A gdy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski, to dodaje, że przed tygodniem spędzał wakacje w Sopocie (piękne miasto mówił). W euforii prawie biegnąć mijamy pasące się owce i dymiące ognisko (szkoda, że nie czekają na nas kiełbaski).
Hurra! Już widzimy wodę, ale jeszcze droga zakręca w prawo i mocno w dół. Łał! Stoimy nad Morzem Północnym. Przed nami małe wysepki i półwyspy porośnięte drzewami. Idziemy na pomost, by nacieszyć się widokiem. Zarejestrować w pamięci te miłe chwile. Rysio wskakuje do wody. Może to jedyna taka okazja by kąpać się w Morzu Północnym. A my dziewczyny nie pomyślałyśmy o strojach kąpielowych! Ela spaceruje po omszałych, mokrych kamieniach i wpada do wody. Buty mokre, ale co tam, w plecaku ma suche skarpetki. Wędrowiec jest zawsze przygotowany na trudną sytuację. Wszyscy cieszymy się, że osiągnęliśmy cel naszej wyprawy. Teraz tylko krótki posiłek i popijając herbatę z termosu (och jak smakuje!) planujemy powrót. Czasu mamy teraz dużo mniej, a samolot czekać na nas nie będzie. Nawet terminal jest zamykany na noc więc nie mielibyśmy noclegu. Determinację naszą podtrzymuje Jola, która musi być rano o 7 w niedzielę da dyżurze 24 godzinnym.
Startujemy w drogę powrotną: Rysiu prowadzi peleton, nadaje tempo, za nim Krzysiu, Jola i reszta drużyny. Podziwiamy widoki, rozmawiamy o życiu, pędzimy pod górkę z kijkami. Jesteśmy trochę zmęczeni. Ale jak szaleć, to szaleć do końca. W półtorej godziny widzimy wychodząc z lasku terminal.
Zdążyliśmy! Krzysiu idzie nadać kije. My mamy kilka minut na odsapnięcie. Ja kupuję reniferki dla dziecka i męża. Przechodzimy przez bramki. Stoimy w kolejce i obserwujemy nasz samolot, który przyleciał z Rygi (ten sam, ta sama załoga, z którą lecieliśmy z Polski) i tankuje paliwo. Zajmujemy wygodne miejsca w samolocie. Cała szóstka - zdobywcy Skandynawii.
Wracamy. Przez małe okienka samolotu podziwiamy zachód słońca. Robimy zdjęcia. Otrzymuję od Darka sms, że właśnie przelatujemy nad Rewalem, potem kilka chwil i jesteśmy we Wrocławiu. Brydzia dostaje sms od Grażynki - zaprasza nas na potańcówkę na Górę Św. Anny - mamy ochotę.
Rysio wypełnia ostatnią misję (na tej wyprawie) - odwozi nas na szóstą (razem z Krzysiem) do Strzelec Opolskich.
"I najdalsza podróż zaczyna się od pierwszego kroku"
przysłowie koreańskie
.... byśmy zawsze mieli ochotę na ten pierwszy krok....
                            Iwona Krzysztofowicz

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza